1 listopada

Miało być o czymś zupełnie innym, bo o tym, że chce się żyć.
Ale będzie o wczorajszej wizycie na cmentarzu, bo po pierwsze, chcemy się z Wami podzielić wrażeniami z tą wizytą związanymi, bo drugie – bo o tym, że chce się żyć, zawsze możemy napisać innym razem.
Poszliśmy zatem wczoraj wieczorem, już po zmroku, na pobliski cmentarz (bo na te ‚nasze’ cmentarze w tym roku nie mogliśmy pojechać). Chcieliśmy oddać się na chwilę specyficznej zadumie tego dnia (a gdzie mielibyśmy to robić, jak nie na cmentarzu), a także, przy okazji a może i przede wszystkim, pokazać Kacprowi te wszystkie światełka, tą jasność, te płomienie – bo wiedzieliśmy, że to mu się spodoba.
I tak też było, ale my nie o tym. Okazało się, że poza doświadczaniem zadumy i kontemplacją, mieliśmy też możliwość zjedzenia kolacji (bigos, kiełbaska z grilla, szaszłyki, gdzieś nam również zapachniało żurkiem i widzieliśmy, jak ktoś niósł pajdę chleba ze smalczykiem – też pewnie kupioną pod cmentarzem, bo z domu jej przecież nie zabrał), zakupienia ciepłego szalika i sweterka z włóczki dla Kacperka, świetlnych miecz i innych migających zabawek. Były też baloniki (niestety nie w kształcie zniczy, bo to byśmy jeszcze zrozumieli) i inne odpustowe towary, ale bez motywów zniczowych.
I odarto nas z tej zadumy dość brutalnie, bo zupełnie się nie spodziewaliśmy takich atrakcji. Na szczęście Kacper skupiał się na tych resztkach magii, które jeszcze się obroniły za murami cmentarza.