Czy naprawdę?

Rzadko, bardzo – ale jednak spotykamy się czasem z opinią, że to wszystko, o czym i jak piszemy, ta nasza radość, szczęście, sposób w jaki podchodzimy do naszej rodzinnej sytuacji – jest udawane, bądź co najmniej nie do końca szczere.
Zmierzmy się zatem i z tym tematem. Rozumiemy, że za wątpliwy uznawany być może ogólnie (tak nam się wydaje, że do tego właśnie sprowadzić te wątpliwości można) fakt następujący: można być szczęśliwym mając ciężko chore, niepełnosprawne dziecko.
Zadajmy jednak zatem pytanie, dlaczego mielibyśmy nie być szczęśliwymi? Tak jako rodzina, jak i jako rodzice. Mamy wszystko, czego chcieliśmy, czego pragnęliśmy – dziecko. Syna, którego kochamy. Mamy siebie – jesteśmy zgranym, zgodnym (mniej lub bardziej :)), kochającym się i partnerskim małżeństwem, które jest oparte na wzajemnym szacunku i zaufaniu.
Czy sam fakt, że nasze dziecko jest chore, coś zmienia? Tak. Zmienia bardzo wiele. Ale nie zmienia tego, co nas łączy, nie zmienia tego, co możemy i chcemy sobie dać. Choroba nie może zmienić tego, że się kochamy i na tej miłości budujemy nasze rodzinne szczęście.
Budujemy nasze rodzinne szczęście również na pełnej akceptacji kacperkowej choroby i niepełnosprawności i pogodzeniu się z nimi. I podkreślamy, że same akceptacja i pogodzenie się nie oznaczają, że nie robimy wszystkiego, co możemy, aby z tą chorobą i niepełnosprawnością walczyć.
I to właściwie tyle. Tyle – i aż tyle. Nie należy jednak mniemać, że nie jest nam ciężko. Że nie jest nam trudno. Bo my stale mierzymy się z mnóstwem problemów, kłopotów, przeciwności losu. Czasem nie mamy siły, sądzimy, że sobie nie poradzimy, że rzeczywistość nas przerasta. Że zwyczajnie nie damy rady. I nigdy nie twierdziliśmy, że jest nam łatwo – ale już dawno podjęliśmy decyzję, że nie poddamy się bez walki tym wszystkim problemom, kłopotom, niedogodnościom. Bo przecież jak moglibyśmy się poddać? Sam fakt, że nie piszemy o wszystkich negatywnych emocjach, jakie nami targają, nie oznacza, że ich nie ma – my po prostu zdecydowanie im się przeciwstawiamy i nie godzimy się, aby one rządziły naszym życiem i zatruwały to wszystko, co pozytywnego udaje nam się zbudować.
Dochodzimy zresztą do wniosku, że nie ma już niepełnosprawnego Kacpra, jest po prostu Kacper. Mimo, że często używamy tego słowa w odniesieniu do niego bądź do naszej rodziny, to robimy to właściwie dlatego, żeby pokazać, że się tego słowa nie wstydzimy i ono nas nie paraliżuje, dlatego, że chcielibyśmy, aby wszyscy dookoła również się go nie wstydzili i aby niepełnosprawność ich nie paraliżowała. A tak niestety nie jest, co więcej, zauważamy trend negatywny – świat się od nas odgradza coraz bardziej. I my się z tym godzimy, rozumiemy to. Łatwiej było nas akceptować, kiedy Kacper był niemowlakiem. Teraz w jego obecności do głosu dochodzą wewnętrzne uprzedzenia, które każdy z nas zna i gdzieś tam w sobie ma – niektórzy radzą sobie z tym lepiej, inni gorzej (bo radzić sobie gorzej jest o wiele łatwiej). Bo on wciąż jest niemowlakiem, tylko w ciele czterolatka. Wyzbyliśmy się negatywnych emocji i żalu związanego z tymi postawami, bo nie chcieliśmy, aby przesłaniały nam one to, co najważniejsze – to co my do Kacpra czujemy i jak my go postrzegamy. Staramy się być daleko od tego, staramy się nie przeszkadzać i nikogo nie zajmować naszą sprawą bezpośrednio. Co też wcale nie jest łatwe.
Jesteśmy zatem szczęśliwi, jako rodzice, jako rodzina – co wcale nie znaczy, że nie borykamy się z naszymi demonami. Jesteśmy jednak dumni, że udaje nam się te demony pokonywać, każdego dnia, tym właśnie chcemy się z Wami dzielić.
Chcąc rozluźnić nieco atmosferę, prezentujemy aktualne zdjęcie Kacpra, na którym on prezentuje swój aktualny czarujący inaczej uśmiech, po piątej sesji lapisowania, które daje nadzieję, że unikniemy borowania. Prawdopodobnie kiedyś Kacper będzie miał nam za złe, że takowe zdjęcie umieściliśmy, ale naszym zdaniem wygląda uroczo 🙂
1

One thought on “Czy naprawdę?

Comments are closed.