Bunt na pokładzie

Tydzień bez wizyty u lekarza tygodniem straconym. Czy to pediatra, czy internista, chirurg albo i gastrolog – raz na kilka dni wizyta musi być, tak było też i dzisiaj.
Bo wciąż borykamy się z wariactwami kacperkowego przewodu pokarmowego, z drobnymi przerwami co prawda, jednak stale te problemy wracają, niczym ten przysłowiowy bumerang. Sprawdzaliśmy przeróżne opcje: wgłobienie jelita, zakażenie bakteriami, jedną i drugą, wyrostek czy też zgubny wpływ Phenhydanu (ale zgubny tylko na przewód pokarmowy, bo jak się okazuje na aktywność napadową wpływa bardzo pozytywnie, ale o tym może jednak jutro). I koniec końców obecnie najbardziej popularną wydaje się być wciąż opinia, która potwierdza nasze wcześniejsze ustalenia – kacperkowy organizm mówi zdecydowane i głośne: DOŚĆ. Kacperkowy organizm jest zmęczony. Zmęczony pięcioma latami choroby, napadów, rehabilitacji, jednym wielkim pięcioletnim zaparciem, a już najbardziej to – nie inaczej – pięcioma latami przyjmowania leków przeciwpadaczkowych (a ich rodzajów już nawet nie próbujemy zliczyć, przy ‚nastu’ przestajemy).
I to jest dla nas sytuacja wciąż względnie nowa – bo nasza padaczka jest już znana. Jak się pojawia, wraca – to dokładnie wiemy, co robić, nie panikujemy. Padaczka jest przez nas ujarzmiona, czujemy się z nią względnie bezpiecznie, jeśli można to tak ująć. A tu jest coś nowego – coś ‚normalnego’. Takie zwykłe dziecięce czy też ludzkie przypadłości, jedynie w innym natężeniu i występujące u młodego osobnika, który nie potrafi odpowiednio zakomunikować, co mu dolega. I te zwykłe przypadłości wciąż przerażają nas najbardziej.

Nawet Leoś się nad tym wszystkim głowi.