Ciężka noc

Położyliśmy wczoraj Kacpra spać o standardowej porze, wczesnym wieczorem, lekko przeziębionego, z katarem i delikatnym kaszlem. Tuż po 1:00 w nocy, zaalarmowani książęcym krzykiem, popędziliśmy do jego pokoju po to, aby znaleźć naszego synka ledwie oddychającego, każdy następny i kolejny wdech czyniącego z ogromną trudnością, a przy tym dodatkowo zanoszącego się płaczem (trudności w oddychaniu + płacz = kryzys totalny). Po kilku minutach prób uspokojenia Kacperka i jego oddechu, które nie przyniosły żadnego rezultatu, stanęliśmy przed pytaniem, na które należało odpowiedzieć błyskawicznie – jechać, czy dzwonić? Jechać do najbliższego szpitala czy też SORu – czy dzwonić na pogotowie. Biorąc pod uwagę fakt, że w ogóle nie wiedzieliśmy, co Kacprowi się dzieje – a tym samym nie mogliśmy przewidzieć, co może wydarzyć się w drodze, postanowiliśmy zadzwonić i tak też zrobiliśmy. 
Karetka przyjechała dość szybko, choć po czasie, którego dokładnie określić jednak nie potrafimy, bo oczekując na nią stale próbowaliśmy choć trochę uspokoić Kacpra. 
Atak ogromnej duszności, którego doświadczył Kacper, okazał się być zapaleniem krtani. I według lekarzy, którzy się nim zajęli, przebieg wczorajszej nocy był typowy – z problemami z oddychaniem, charakterystycznym odgłosem im towarzyszącym, intensywnym i również charakterystycznym kaszlem. Potraktowany inhalacjami z adrenaliny i… krótkim wystawieniem na mróz (oczywiście odpowiednio opatulonym – zimne powietrze bardzo ułatwia oddychanie przy chorej krtani) Książę zaczął powoli dochodzić do siebie, saturacja wróciła do normy i na szczęście obyło się bez konieczności jechania do szpitala. Z samego rana byliśmy u lekarza, rozpoczęliśmy kurację antybiotykową i mamy nadzieję, że dzisiejsza noc będzie miała już spokojniejszy przebieg. Warto dodać – mimo, że wykończony niespodziewaną pobudką w środku nocy, Kacper zdecydował się zachować regulaminowy porządek poranka i ponownie przywitał nas tuż przed 5:00, w całkiem dobrej formie, co oczywiście my przywitaliśmy z radością, zwłaszcza, że właśnie planowaliśmy się położyć w końcu spać uznając, że sytuacja jest opanowana 🙂
Pierwszy raz wezwaliśmy karetkę do Kacpra, bo nawet w dniu, w którym rozpoczęła się jego przygoda z padaczką zdecydowaliśmy się działać sami i na własną rękę znaleźć szpital, który nam pomoże i nie uzna tego, co się z nim działo za niedojrzałość układu nerwowego (udało się w trzecim szpitalu, do którego pojechaliśmy). I chyba dobrze, że nie próbowaliśmy go wczoraj wieźć do lekarza sami, bo już tak na chłodno, rano, uzmysłowiliśmy sobie, że trudno by nam go było nawet ubrać w takim stanie, w jakim się znajdował – a dodatkowo w każdej chwili mógł dostać napadu padaczki, który w samochodzie byłoby nam ciężko opanować. O dziwo, spotkaliśmy się z dość życzliwą postawą lekarzy, którzy do nas przyjechali – jadąc do nas pewnie myśleli, że ktoś tu panikuje, ale jak zobaczyli tego naszego biednego Kacperka, trzeba przyznać, wykazali się sporym zrozumieniem.