Co za dzień!

Aby zacząć od początku, należy wspomnieć, że wczoraj wieczorem przyjechała do nas i do Kacpra, w odwiedziny, ciocia Dominika. Ta od kreatywnych pomysłów na książęce prezenty, o czym nieco dalej.
Dzisiejszy dzień zaczęliśmy wcześnie – jak co dzień przecież zresztą, wcale nie wcześniej czy później, nic w tym zatem wyjątkowego, wspominamy jeno powodowani kronikarską skrupulatnością. Koło 6:30. Widząc za oknem sprzyjające warunki atmosferyczne, postanowiliśmy zrealizować koncept, który pojawił się już w dniu wczorajszym, mianowicie – udać się na grzyby, do lasku nieopodal, który po kilku ostatnich wypadach, uznajemy już oficjalnie za ‚nasze’ miejsce.
Wróciliśmy wedle godziny 10:00, tak, aby Kacper mógł się zdrzemnąć przed wizytą u logopedy, na którą potem zgodnie z planem stawiliśmy się o czasie, czyli koło 12:20. Kacper, pewnie zgodnie z własnym planem, który gdzieś tam sobie przygotował i obmyślił, przedsięwziął, zaczął marudzić już po przekroczeniu progu przychodni, nawet nie czekał, aż go rozbierzemy, bo i po co miałby czekać.
No i wizyta. Tak jak wspominaliśmy, mieliśmy już okazję spotkać się wcześniej w Krakowie, dwukrotnie. I tą trzecią wizytą upewniliśmy się, że wszystkie pozytywne opinie, które różne osoby (inni logopedzi i nasi rehabilitanci) przekazywali nam na temat tegoż lekarza, są prawdziwe (nie wiemy, czy łącznie z tą, że jest to najlepszy specjalista w Europie, ale podejrzewamy, że tak może być). I już po dzisiejszej wizycie narodził się plan na najbliższą przyszłość. Plan pracy z Kacprem – nic w tym wszakże dziwnego, ale to, co jest dla nas najważniejsze – ten plan jest prosty. Ostatnio logopedzi pracujący z Kacprem zaczynali naszą znajomość od próby uczenia go rzeczy, które dla nas były jakby oderwane od kacperkowej rzeczywistości, dość powiedzieć, że jedna osoba próbowała go uczyć liczyć. Nie chodzi o to, że my w niego nie wierzymy, bo wierzymy w niego całym sercem, chodzi o to, że wiemy, widzimy i czujemy, że on potrzebuje teraz czegoś zupełnie innego – i właśnie stąd nasze ciągłe poszukiwania odpowiedniego specjalisty. Bo Kacpra trzeba nauczyć poprawnie jeść, trzeba nauczyć go pić jeśli nie z kubeczka, to przez słomkę. Trzeba nauczyć go w jakiś prosty sposób komunikować się już nawet nie z nami, ale z innymi (ale nie przez rozpoznawanie napisów TAK i NIE, ale w jakiś zdecydowanie łatwiejszy sposób).
Kolejna wizyta – już za dwa tygodnie. Cała poświęcona będzie jedzeniu.
I jeszcze jedno… Przed Kacperkiem w gabinecie był… Kacper, również. Można powiedzieć, że zagęszczenie Kacprów na metr kwadratowy było zatem znaczne. Otwierają się drzwi pokoju, ten drugi Kacper wychodzi, wychodzą rodzice, wychodzi logopeda. Żegnają się, jeszcze rozmawiają, wymieniają jeszcze jakieś uwagi, tamten Kacper wybiera prezent za bycie dzielnym pacjentem. Nie może się zdecydować, trochę marudzi nad kolorem balonika. Nasz Kacper – jakby go nie było, siedzi cicho, obserwuje skupiony, trochę się uśmiecha – oczywiście do tego drugiego Kacpra, zajętego niestety wciąż wyborem balonika – zatem ignorującego naszego Kacpra.
Balonik granatowy wybrano, zatem wchodzimy. I pierwszą rzeczą, o której zaczyna mówić logopeda, jest właśnie ta Kacpra reakcja na tego drugiego Kacpra! Gdzieś tam kątem oka, rozmawiając jeszcze z rodzicami tamtego Kacpra, na korytarzu, pani doktor (tak, nasz logopeda to kobieta. Pisalibyśmy już wcześniej ‚logopedka’, ale nam się tu to słowo podkreśla na czerwono w trakcie pisania, zatem zostajemy przy formie męskiej) obserwowała, co robi nasz marudzący czekając Kacper i od razu wyciągnęła następujący wniosek – Kacper (tak, wciąż mamy na myśli naszego Kacpra)… musi iść do przedszkola.
Tu następuje długa pauza, bo jedno z nas prawie płacze, drugie ściska w dołku strasznie na samą myśl o tym. Od powrotu do domu kilkukrotnie już padło ‚ja Kacperka do żadnego przedszkola nie oddam’, z różnych ust, ale wiemy, że czeka nas poważna rozmowa na ten temat. Czekają nas dyskusje i pewnie w końcu poszukiwanie odpowiedniego miejsca. Bo, na marginesie, nawet nie sądziliśmy, że znalazłaby się placówka, która przyjęłaby Kacpra – który nie chodzi, nie siedzi, nie…., nie…., nie…. Wiedzieliśmy, że są przedszkola specjalne, ale sądziliśmy, że dla dzieci o mniejszym stopniu niepełnosprawności, niż ten, jaki dotyka Kacpra czy jaki prezentujemy. A  dzisiaj usłyszeliśmy, że Kacper jest w o wiele lepszym stanie, niż można by wnioskować czytając jego ‚papiery’. I stąd również koncepcja wysłania go do przedszkola (nie codziennie, ale na dwa, trzy dni w tygodniu). Nie piszemy nic więcej, musimy się z tym przespać, musimy to przetrawić, przemyśleć, wypłakać łzy, które należy wypłakać.
Namiot. Od dzisiaj Kacper ma swój namiot. Namiot pirata. Skąd te pomysły przychodzą cioci Dominice do głowy, nie wiemy, wiemy natomiast, że ciocia jest bezkonkurencyjna i piszemy to z całą świadomością, gdyż nawet my nie próbujemy się z nią w tym temacie mierzyć. Chłopak jest zachwycony, zwłaszcza, że namiot wypełniają nowe piłki, które Kacper tak lubi, a których, jak wiadomo, zawsze mało. I przy tejże okazji wspomnieć należy również o cichym cioci wspólniku w tym kreatywnym procesie obdarowywania Kacpra zabawkami nietypowymi, któremu bardzo dziękujemy za pamięć i którego gorąco pozdrawiamy. Przyjaciel Kacpra babci, tej której Kacper nie miał okazji poznać, Paweł.
Na koniec tego długiego wpisu – zdjęcie. Nie w namiocie, bo się nie udało zrobić. Zdjęcie z literkami. Nie uczymy się tych literek, uczymy się je jednak podnosić i trzymać w rączce, plastikowe są do tego bardzo dobre 🙂

IMAG0632