Coś miłego

W dniu dzisiejszym wydarzyła się rzecz, której do tej pory chyba nie doświadczyliśmy. Otóż w sklepie, w którym często robimy zakupy, mniejsza o to, jakie, zamiast zwyczajowego bacznego obserwowania, zaawansowanej ciekawości, bycia zaintrygowanym naszą obecnością i kacperkowym zachowaniem – czyli można rzec, zamiast gapiostwa i bycia obiektem tegoż, spotkało nas coś zaskakującego – i miłego. Podeszła bowiem do nas pracownica sklepu, dodamy – osoba młoda – i zapytawszy, czy Kacperek wciąż używa pieluszek (używa, a jakże i ile!) zaproponowała nam odstąpienie zapasu, który sama ma w domu, który z kolei otrzymała od kogoś, a jest jej zbędny.
I teraz uwaga – bo wcale nie o pieluszki tu chodzi (które oczywiście chętnie przyjmiemy i na których przekazanie umówiliśmy się już w dniu jutrzejszym). Chodzi o coś więcej. Obca osoba, która może już nas kiedyś widziała i która może nas kojarzyć, ale która nas nie zna, zdobyła się na odwagę (chociaż wygląda na to, że nie było to dla niej trudne), aby do nas podejść, zagadać, porozmawiać – i tym samym potraktowała naszą niepełnosprawność jako coś normalnego, co niekoniecznie musi nas odgradzać od świata i czynić z nas niedostępnych. A przecież wiemy, że ten świat, który nas nie zna – ten, który codziennie mijamy chociażby idąc ulicą – bardzo często woli nas oficjalnie nie zauważać, a nieoficjalnie czy ukradkiem właśnie bacznie obserwować, wykazywać zaawansowaną ciekawość, itd. Albo załamywać ręce, że taki ładny…
Ot, coś miłego. W sam raz na początek tygodnia.