Czy Kacper w ogóle potrzebuje kształcenia specjalnego?

Potrzebuje go według nas, potrzebuje według naszych rehabilitantów, potrzebuje według neurologopedów. Obecnie nawet nasi sąsiedzi pewnie już doszli do takiego wniosku.

Niestety wciąż nie poznaliśmy zdania odpowiednich organów w tej materii, czyli Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej właściwej dla naszego obecnego miejsca zamieszkania. Kiedy już w sumie oczekiwaliśmy otrzymania opinii i rekomendacji, okazało się, że osoba prowadząca naszą sprawę poszła na zwolnienie lekarskie, ot, takie jej prawo. Kiedy z niego wróciła, okazało się, że problemem może być fakt, że Kacpra neurolog w zaświadczeniu, jakie nam wystawił, czyniąc książęcy opis nie użył słów ‚upośledzenie ruchowe’. A trzeba wiedzieć, że są to dwa słowa magiczne, gdyż osoba przewodnicząca komisji, tej, która będzie decydować o kacperkowych potrzebach edukacyjnych, wielce te dwa słowa sobie ceni i lubi, jak gdzieś w czytanym tekście się pojawiają. W tych dokumentach, które my dostarczyliśmy, takiego zlepku słownego nie ma (bo i nie wiedzieliśmy, że być powinno), niemniej sądziliśmy, że dwa spotkania, które w Poradni odbyliśmy, wystarczą, aby odpowiednie osoby wyciągnęły odpowiednie wnioski i jeśli czegoś oczywistego w nich nie ma – to sobie to dopowiedzą. Może się okazać, że byliśmy w błędzie.

Dzisiaj natomiast odebraliśmy telefon z Poradni – i szczerze sądziliśmy, że komisja już przedsięwzięła jakąś decyzję. Nie, nie przedsięwzięła, bo się jeszcze jednak nie zebrała, przynajmniej nie w naszej sprawie, i dopiero będzie się zbierać.

Nie zwykliśmy narzekać na nic związanego z, nazwijmy to, opieką, jaką jesteśmy otoczeni przez naszą służbę zdrowia czy też ogólnie system (nie bierzemy tutaj pod uwagę bezpośredniej pomocy medycznej w pierwszym stadium kacperkowej choroby, bo tutaj nasze zdanie o jej jakości jest, jakie jest a i wyrażone zostało dobitnie tu i ówdzie). A jeśli gdzieś element narzekania się pojawił, to na pewno nie był dominujący – co więcej, może nie tutaj, ale w wielu prywatnych rozmowach przyznawaliśmy, że my osobiście widzimy pozytywne zmiany w niektórych właściwych tu sferach. Niemniej biurokracja, z jaką mierzymy się od początku naszej niepełnosprawności jest naprawdę trudna do zrozumienia. Od nikogo nic nie wymagamy tak po prostu, bo sobie to wymyśliliśmy. Nasze potrzeby, jak na potrzeby rodziny niepełnosprawnej, są naprawdę małe i jesteśmy zdania, że powinniśmy uchodzić za petentów wręcz wzorowych – bo właściwie nic nie chcemy, poza takim podstawowym minimum wsparcia, jakie otrzymuje chore dziecko i jego rodzina od państwa, którego są obywatelami. Ale czy naprawdę wydanie orzeczenia, dzięki któremu nasz syn będzie mógł iść do przedszkola, które na tym etapie rozwoju jest mu po prostu niezbędne – chociażby po to, aby mógł wyrosnąć na jednostkę, która będzie kiedyś płacić podatki – musi trwać trzy miesiące?! Przecież jedna wizyta powinna wystarczyć, aby osoba, która wykonuje dany zawód i obowiązki z tym zawodem związane – i która powinna być kompetentna do wykonywania tych obowiązków – mogła stwierdzić: ‚tak, ten młody człowiek może uczęszczać jedynie do specjalistycznej placówki, a co za tym idzie potrzebuje orzeczenia o potrzebie specjalnego kształcenia, które jest wymagane przez takie placówki’.

Okazało się przynajmniej, iż jedno z nas będzie mogło partycypować w obradach komisji, kiedy dojdzie już do jej zebrania. Partycypować będziemy i będziemy walczyć o uznanie naszego syna za ‚upośledzonego ruchowo’, mimo, że nie stoi tak czarno na białym w jego drukowanej historii.