Dlaczego nie chodzimy do kościoła

Czyli ‚Kacper a sprawa boska’ ciąg dalszy, wpis popełniony w pełnej świadomości, że podejmowany temat należy pewnie do najtrudniejszych tematów, jakie podejmujemy bądź jakie podjąć musimy.
I jakie podjąć chcemy. Jakkolwiek obrazoburczo byśmy się nie wypowiadali, nie chcemy nikogo urazić, jedynie prosimy o spojrzenie na te boskie sprawy naszymi oczami. Bo ten temat nas stale gryzie.
Oboje zostaliśmy wychowani w rodzinach wierzących, można nawet powiedzieć, że głęboko wierzących, mocno zakorzenionych w szeroko pojętej tradycji, tej typowo polskiej, z tym wszystkim, co ta tradycja ze sobą niesie, dobrego i nie.
Kiedy pojawiły się pierwsze objawy książęcej przypadłości i jego jestestwa, w naturalnym odruchu osoby wierzącej kierowaliśmy swoje myśli ku Bogu. Swoje myśli, modły, wołania, prośby, błagania, swoją rozpacz. Niekoniecznie oczekując odpowiedzi czy też reakcji, ale to po prostu wydawało się naturalne. Podobnie jak Kacpra chrzest, niepełny, udzielony jeszcze w szpitalu, w obecności jedynie Kacpra mamy, w tym najtrudniejszym okresie, w którym każdy następny lek zawodził i jedyną alternatywą, jaka pozostawała, była operacja rozdzielenia półkul kacperkowego mózgu, na którą się ostatecznie nie zgodziliśmy. Chrzest, dodamy, wciąż niepełny, bo niedokończony – niemniej ważny i czyniący z Kacpra członka Kościoła rzymsko – katolickego.
Kierowaliśmy swoje myśli ku Bogu, niekoniecznie oczekując odpowiedzi, ale na pewno pocieszenia. Wsparcia w wierze. Pomocy w pogodzeniu się z sytuacją. Ale zamiast tego otrzymywaliśmy odpowiedzi, których tak naprawdę nie szukaliśmy.
‚Bóg tak chciał’
‚Bóg ma wobec Was plan’
‚Cierpienie to droga zbawienia’
I inne ważne – i łamiące serce i ducha stwierdzenia. Bo co rodzic, którego dziecko kilkanaście bądź kilkadziesiąt razy dziennie nękane jest atakiem padaczki w najgorszym jej wydaniu, może – ma – czy też powinien odczuwać wobec Boga, który tak chciał. Wobec Boga, który to zaplanował i uważa, że to cierpienie jest niezbędne do zbawienia, które dzięki niemu osiągniemy. My i Kacper, bo cierpimy wspólnie. A także inni.
Nie chodzimy do Kościoła. Nie uczestniczymy we mszach. Ani w niedzielę, ani w święta. Nie dlatego, że utraciliśmy wiarę. Ale dlatego, że ta wiara i jej dogmaty, w sposób w jaki są nam tłumaczone i wykładane, sprawiają, że idąc do kościoła nieślibyśmy jedynie negatywne emocje i uczucia spowodowane tym, w jaki sposób powinniśmy według naszego ich zrozumienia postrzegać cierpienie naszego syna. I mimo, że być może nasza postawa spowodowana jest właśnie niezrozumieniem Pisma, to uznaliśmy, że tak będzie bardziej w porządku wobec Boga – wobec którego wybieramy szczerość i otwartość. Podobnie jak wobec samych siebie.
I pomyśleć – jaką krzywdę temu Bogu wspólnie wyrządzamy. Wszyscy. Otwarcie przyznajemy, że On akceptuje nasze cierpienie, podobnie jak zaakceptował i podarował nam cierpienie swojego Syna. Bóg, który jednocześnie kocha, jak i zsyła cierpienie.
My się z tym nie godzimy i nie wierzymy, że tak może być. Nie w wypadku małego dziecka, które nie miało okazji zawinić czymkolwiek. Które zasłużyło jedynie na miłość.

One thought on “Dlaczego nie chodzimy do kościoła

  1. „Niech nikt, kto jest doświadczany, nie mówi: ‚Przez Boga jestem doświadczany’. Bóg bowiem nie może być doświadczany przez coś złego ani sam nikogo nie doświadcza”

    http://www.opoka.org.pl/biblioteka/P/PR/zwyklym_jezykiem_02.html

    Wątpię, że to Was „wyprowadzi z błędu” jakim jest pisanie „Otwarcie przyznajemy, że On akceptuje nasze cierpienie, podobnie jak zaakceptował i podarował nam cierpienie swojego Syna. Bóg, który jednocześnie kocha, jak i zsyła cierpienie.” ,ale może jakoś inaczej spojrzycie na to wszystko.

Comments are closed.