Dwa podejścia do pójścia na rodzinny spacer

Pierwsze – we wczesnych godzinach popołudniowych. Zafascynowani dzisiejszą pogodą, wybraliśmy się do odległego o jakieś 20 km jednego z warszawskich parków. Całe podekscytowanie prysło zaraz po dojechaniu na miejsce. Okazało się, że nie jesteśmy w stanie założyć Kacprowi bucika na prawą nóżkę (nigdy nie jest to łatwe, ale zazwyczaj sobie z tym radzimy) – tak mocno ściągał paluszki i całą stópkę, że wszelkie nasze sposoby zawiodły. Nie pozostało nic innego, jak zapakować się powtórnie do samochodu, z którego dopiero co się wypakowaliśmy, i wrócić do domu.

Drugie podejście – wedle godziny 17:00. Zamontowaliśmy ponownie do kacperkowego wózka śpiworek, w którym przejeździł całą zimę – i butki okazały się już zbędne. Dwugodzinny spacer po naszej okolicy tak zmęczył młodego kawalera, że po powrocie do domu zdążył jedynie wziąć leki, odpuścił sobie kąpanie – i zasnął. 

Trzeba Wam wiedzieć, że ostatnimi dniami Kacper raczy nas ogromną dawką marudzenia, złoszczenia się – ogólnie przyjął bardzo negatywną postawę. Ma prawo – każdy ma. Zwłaszcza, że ostatnio ma na co narzekać i ma o co mieć do nas pretensje – zaczęliśmy od niego wymagać więcej, niż dotychczas. Nie zagłębiając się w szczegóły napiszemy tylko, że zdecydowaliśmy się włączyć do książęcej rehabilitacji także metodę Vojty – i będziemy te zajęcia łączyć z dotychczasową rehabilitacją NDT i PNF. Pierwsze zajęcia wyglądały zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażaliśmy i na co byliśmy przygotowani – nie było wielkiego płaczu i zgrzytania zębów – ale pierwsza próba zrobienia ti di rehabilitantce pojawiła się oczywiście po pierwszym ćwiczeniu. Po 30 minutach Kacper próbował zasnąć – czyli zaprezentował prawie cały standardowy repertuar uników. Standardowo nieskutecznych.