Dwie godziny i trzy godziny

Dwie rano – a potem trzy popołudniu, czy też wieczorem. Tyle właśnie Kacper ma dla nas czasu od momentu, w którym został przedszkolakiem (a w ostatni piątek oficjalnie został przyjęty do tego zacnego grona, co potwierdzono pięknym dyplomem, wręczonym mu przy okazji przedstawienia z okazji rozpoczęcia wakacji – takiego nieco umownego, bo przecież przedszkole pozostanie otwarte aż do początku sierpnia, kiedy to nastąpi dwutygodniowa jedynie przerwa wakacyjna).

Budzimy się standardowo, koło 5:00 – po czym następują dwie godziny, mniej więcej, różnych rodzinnych aktywności – czyli oglądamy bajki i inne rzeczy. Najbardziej w tym czasie aktywny rodzinnie jest oczywiście Kacper, nie będziemy tu nikomu mydlić oczu… Przed wyjściem do przedszkola, które następuje wedle 8:00, zarządzamy książęcą drzemkę, tak, aby młody kawaler rozpoczął każdego dnia przedszkolną przygodę rześki i wypoczęty, a zaczyna ją zazwyczaj śniadaniem konsumowanym w towarzystwie innych przedszkolaków (samo śniadanie raz Kacper zje, innym razem niekoniecznie).

Trzy godziny popołudniu, między 15:00 a 18:00 – czyli między godziną, o której Kacper wraca do domu, a tą, o której idzie zazwyczaj spać (tak  też mu ‚zostało’ po okresie zimowym). Czyli razem pięć – pięć godzin spędzamy z Kacprem każdego dnia, co w porównaniu z czasami zamierzchłymi, datowanymi przed przedszkolem, jest mocno niewystarczające i uczciwie przyznajemy, że żyjemy między poniedziałkiem i piątkiem w stałej tęsknocie. Nawet przecież te dane nam godziny nie są takie beztroskie, ale wypełnione różnymi zadaniami – jest kolacja, jest kąpiel i tym podobne – czasu dla siebie nawzajem zostaje niewiele.

Dziecko nam opuściło rodzinne gniazdo, po czterech latach dzielenia każdej sekundy, i rzuciło nas, rodziców, na głęboką wodę…

I takie tam zdjęcie, ze spaceru. Kacper w wersji moro.

DSC_0082