Dylematy taty

Napisać, czy nie napisać? Czy już pora, czy jeszcze poczekać?

Czy powinienem? Chyba tak, tak sądzę – ale jak to zrobić, żeby było dobrze? Są takie rzeczy i sprawy, z którymi prędzej czy później trzeba się zmierzyć, choćby po to, aby móc się z nimi pogodzić.

Zacznę z grubej rury. Nieco ponad 2 miesiące temu dowiedzieliśmy się, że serce naszego trzeciego, nienarodzonego jeszcze syna przestało, tak po prostu, bić – a był to już piąty miesiąc upragnionej ciąży (ciąży, którą postanowiliśmy pozostawić we względnej tajemnicy). A konsekwencją było poronienie – tak zwane – zatrzymane.

I zatrzymał się na chwilę nasz świat. Dłuższą.

Nie jest łatwo to opisać. Nie ma osoby czy rodziny, która byłaby na to przygotowana, bo i jak się na coś takiego przygotować? Zwłaszcza wtedy, kiedy jest się już na etapie zaawansowanego układania poszczególnych klocków w projekcie ‚nasza rodzina się powiększa’ i kiedy głośno wypowiada się już to imię. Chyba nie można tego do czegoś porównać, choć to coś w rodzaju przeżywania kolejny raz pierwszych napadów Kacpra. Serca pękają na milion kawałków i nic z tym nie można zrobić.

Ale dlaczego o tym właściwie piszę? Bo mimo tego, że to wszystko dotyczy mnie zupełnie bezpośrednio, to jednak facet zawsze będzie trochę z boku w takiej sytuacji i nijak nie będzie w stanie poznać i poczuć ogromu straty w takim wymiarze, w jakim przypada to w udziale kobiecie. I teraz jasno widzę, że w jakimś stopniu kobieta zostaje w takiej chwili zupełnie sama i muszę o tym opowiedzieć. Jest tylko ona i jej ból, którego nikt nie zrozumie. I to się nie kończy nigdy. Może rozmawiać, może się nawet śmiać, może w miarę normalnie żyć. Ale to już zostaje. Strata nie przemija. Choćby cały świat myślał, że ‚już jest po wszystkim’, to nie jest i nie będzie. Ta historia nie ma happy end’u, bo mieć nie może.

Ale trzeba o tym rozmawiać, nie można tych chwil przemilczeć – a chyba wszyscy uciekają od tego tematu. Trzeba to oswoić na tyle, na ile się da, bo to już zawsze będzie częścią naszego życia, tak jak niepełnosprawność Kacpra czy złote loczki Leosia. Nie można się tego bać, mimo że tak bywa wygodniej. Są łzy, są gorsze dni, ale to już wrosło w nas bezpowrotnie. I my na to pozwalamy.

Przetrwaliśmy. Bo mamy ich dwóch. Śmiejemy się często, że jeden niepełnosprawny a drugi nieochrzczony (to długa historia).

Przetrwaliśmy, bo mamy siebie nawzajem.