Grać w jednej drużynie

To klucz, aby nie zwariować 🙂

Upewniły nas w tym ostatnie miesiące, kiedy to w naszym życiu pojawił się młodszy z kawalerów i nasze życie z już dość zwariowanego, bo prowadzonego pod dyktando potrzeb i różnych ‚widzimisię’ Kacpra, poszło w kierunku zwariowania totalnego, bo z dwoma młodzieńcami, z których każdy domaga się swojej solidnej dawki uwagi. Aby móc skutecznie zarządzać naszą rodziną musieliśmy, my, rodzice Kacpra i Leona, przyjąć następującą strategię: zawsze gramy w jednej drużynie. Cokolwiek by się nie działo i jakiekolwiek wyzwania nie zostały przed nami postawione przez rzeczywistość (i nasze dzieci) – a sprowadzając te deklaracje do spraw najprostszych: nieważne, jak bardzo byśmy byli zmęczeni i sfrustrowani – jesteśmy zespołem. I w naszym zespole najważniejsze jest wzajemne wsparcie i opieka, ufność, że obok jest osoba, na której można się albo wesprzeć, albo z którą będzie można wspólnie popłakać się, bo ona również nie będzie już dawać rady (bądź z tego faktu się wspólnie pośmiać). Nasze bycie zespołem nie polega na zgadzaniu się ze sobą zawsze – ale na tym, aby godzić ze sobą różne opinie i zdania, które mamy na dany temat. Na znajdywaniu złotego środka w wychowywaniu naszych synków, tak, aby każde z nas było usatysfakcjonowane a dzieci szczęśliwe. W naszym zespole każde z nas wie, że czasem musi usunąć się w cień, bo to drugie daną rzecz wykona lepiej lub w danej sytuacji lepiej się sprawdzi. W naszym zespole darzymy się wzajemnym szacunkiem, zarówno jako rodzice, jak i małżonkowie.

Ale to nie znaczy, że nasza drużyna jest wolna od konfliktów, bo nie jest i nie ma powodu, aby twierdzić, że jest inaczej. Nie ma, bo i nie uważamy, że konflikty są z samej natury złe – dopóki każdy z nich jest rozwiązywany. A tak jest w naszym przypadku. Możemy pokłócić się kilka razy dziennie, możemy pokłócić się raz na tydzień czy raz na miesiąc – nie ma to znaczenia, bo za każdym razem każdy z kryzysów zostanie zażegnany bez zbędnej zwłoki i wyjdziemy z niego z konstruktywnym przesłaniem.

Bo trzeba Wam wiedzieć, że w naszej niepełnosprawnej rodzinie są emocje i uczucia takie, jak w każdej innej – tylko chyba mocno zwielokrotnione, bo zbudowane na cierpieniu naszego pierworodnego. Nie ma też co ukrywać, że w trudnych chwilach często wybieramy najprostsze dostępne rozwiązanie i zwracamy się przeciwko sobie (no bo na kogo się mamy złościć, kiedy obudzi nas radosne kacperkowe klaskanie o 3:00? Przecież, że nie na niego!). I mamy tego świadomość, a każda taka sytuacja sprawia, że stajemy się drużyną bardziej zgraną, coraz bardziej doświadczoną i co najważniejsze – drużyną, w której każdy zawodnik zna swoje mocne strony, ale jest świadom również tych słabszych, wie, gdzie potrzebuje wsparcia, a gdzie może go sam udzielić. Dzięki naszym dzieciom stajemy się lepszym mężem i lepszą żoną.