Jeszcze o tym naszym niepokoju

Kiedy Kacper się budzi, to zazwyczaj już po chwili zaczyna się przeuroczo przeciągać. Wyciąga obie rączki ponad głowę, zaciska piąstki, unosi i zgina w kolanie lewą nóżkę, a prawą prostuje, ile sił. I możliwe, że kiedyś już o tym pisaliśmy – nic to, ten rytuał jest wart przypomnienia. Potem zaczyna się uśmiechać, rozglądać, następuje normalna radość po przebudzeniu (czasem następuje również normalne marudzenie po przebudzeniu, zależy od okoliczności). My też się cieszymy. I jednocześnie czekamy. Wypatrujemy. Analizujemy. Czy ta minka, którą zrobił, to zryw mięśniowy, czy po prostu minka. Czy właśnie kopnął nóżką, bo uznał za stosowne kopnąć, czy nastąpiła mioklonia. Szukamy powtarzalności. Mówimy do niego, chcąc sprawdzić, czy nie traci świadomości. I tymczasem zaczynamy popadać w swego rodzaju paranoję (trzeba sprawie oddać sprawiedliwość, jedno z nas popada w tę paranoję nieco bardziej, niż drugie), bo kiedy Kacper śpi, na przykład w trakcie dnia, to my sprawdzamy co chwila (dosłownie co chwila), czy śpi, czy się już aby nie obudził – żeby nie przegapić momentu, kiedy faktycznie się obudzi… Ile razy go przy tym naszym sprawdzaniu obudziliśmy (zwłaszcza ten rodzic, który popadł w rzeczoną paranoję bardziej), już nawet nie wspominamy. 

Po rewelacjach minionego tygodnia – sytuacja wróciła pod kontrolę. Niepokój pozostał, również pod kontrolą. Tymczasem ugotowaliśmy dziś rosół. Kacper asystował, robiąc w pietruszce 🙂 

One thought on “Jeszcze o tym naszym niepokoju

Comments are closed.