Łuski…

A jednak… Po miesiącach, a nawet latach walki o to, aby obyło się bez nich (aby Kacper i jego stópki się bez nich obyły) – polegliśmy. Wczoraj, podczas kontroli ortopedycznej, jakiej poddaliśmy książęce ciało ustaliliśmy z lekarzem, że pora jednak się na to rozwiązanie zdecydować. Najpierw zrobimy jeszcze dodatkowo prześwietlenie kręgosłupa młodego kawalera, a potem jedziemy na odlew jego kochanych a tak umęczonych stópek.

Nie rozpaczamy, bo i nie postrzegamy tego w kategoriach porażki czy też dramatu. Trzeba – to trzeba, my sobie z tym poradzimy, a on to na pewno zniesie i prędzej czy później zaakceptuje. Dla niewtajemniczonych – łuski ortopedyczne to takie robione na miarę formy korygujące stopy koślawe bądź szpotawe poprzez prawidłowe ustawienie i ustabilizowanie odpowiednich stawów. Nie ma co ukrywać, Kacper nie będzie na początku zadowolony i będzie miał pełne prawo być niezadowolonym, bo podczas ich noszenia o komforcie może zupełnie zapomnieć.

Najgorsza w tym wszystkim była sama wizyta i badanie. Do tej pory wydawało nam się, że bardziej krzyczeć, piszczeć i płakać niż podczas punkcji przebytej w wieku 5 miesięcy Kacper już nigdy nie będzie. Wczoraj zadał kłam temu przekonaniu i wzniósł się ponad znany sobie dotychczas poziom cierpienia, a my razem z nim…