Mamy urodziny

Nie my mamy, tylko mama ma.

Mama nie jest z tych, co to coś ukrywają, zatem pozwoliła napisać, że to urodziny nr 31. Nie pozwoliła nam składać wirtualnie życzeń, twierdząc, że przecież ona niczego nie potrzebuje i ma wszystko, co by chciała, a i my, we dwóch z Kacprem, jakoś zamiast składać jej życzenia kilka razy w roku (z tej okazji i kilku innych) wolimy jednak każdego dnia przyczyniać się choć odrobinę do tego, aby była szczęśliwa.

Z urodzinowych prezentów jednak zrezygnować nie mogliśmy, ale chcieliśmy i próbowaliśmy się wykazać w tym temacie, kolejny raz (co nie jest łatwe, bo jeśli chodzi o prezentowe szaleństwo to obydwaj jesteśmy raczej kiepscy, o czym już chyba nawet kiedyś wspominaliśmy – tata ma zwyczaj podejmować prezentowe decyzje zbyt szybko, Kacper natomiast jest w doradzaniu średni, a czasem nawet wywiera presję i żąda, aby te decyzje podejmować jeszcze szybciej, o ile on ma w tym partycypować). Koniec końców były 3 prezenty.

Kebab. Ponoć najlepszy w Warszawie (chociaż jako importowani krakusi z bólem serca dodajemy słowo ‚najlepszy’ do kebaba kupionego w Warszawie. Wiadomo przecież, że kebaby w Krakowie są lepsze, niż te w Turcji!). Bo mama za krakowskich czasów studenckich się nimi zajadała i ostatnio często na spacerach mogliśmy zauważyć, jak zerkała ukradkiem, tęskno, w kierunku kebabowych budek, ale nie odważyła się nic wspomnieć.

Pączki. Sporo, ale nie za dużo – żeby po ich zjedzeniu mama nie miała wyrzutów sumienia, że zjadła za wiele. Bo z okazji urodzin łamiemy utarte zwyczaje i u nas w domu dzisiaj jest tłusto, specjalnie dla mamy.

A na koniec wysyłamy z Kacprem mamę do salonu piękności, fryzjera i do tej pani, która zajmuje się paznokciami i innymi podobnymi sprawami, na temat których pisząc prawdziwy facet nie czuje się komfortowo i swobodnie. Wykupiliśmy mamie taką wizytę i podarujemy jej kilka chwil dla siebie, bo wiemy obaj, że chwil dla siebie ma bardzo mało (zdecydowanie za mało) a my razem wzięci bywamy potwornie zajmujący!