(Nie)perfekcyjni rodzice

Mocno przytłoczeni, tacy jesteśmy ostatnimi dniami. Wieloma sprawami, a głównie tym, że kiepsko idzie nam przełamywanie impasu w stosunkach z Kacprem, dobrych przecież, ale coraz bardziej pod jego dyktando, pod dyktando jego humorów i nastrojów, różnych – co oczywiste, bo jakie mają być, kiedy się przyjmuje jednocześnie trzy leki na te humory i nastroje wpływające. Książę zepchnął nas trochę do narożnika i chociaż połączyliśmy siły, to nie potrafimy skutecznie odpowiedzieć, skontrować i przejąć kontroli. A przypominamy, że mierzymy się z ledwie czterolatkiem.

Mamy kilka asów w rękawie i zagrań w zanadrzu, jednak dopadła nas chwilowa zadyszka, z którą radzimy sobie na różne sposoby. A czasem sobie nie radzimy, ale wtedy od razu pytamy samych siebie i siebie nawzajem – czy możemy sobie nie radzić?

Dwa lata temu odpowiedzielibyśmy, że nie możemy sobie nie radzić i że nam nie wolno sobie nie radzić. Rok temu, że możemy sobie nie radzić, ale koniecznie tylko przez chwilę (bo wiadomo, że nikt nie będzie sobie radził za nas). Dzisiaj jesteśmy gotowi napisać po prostu, że oczywiście, że możemy sobie nie radzić i na pewno będą chwile, że sobie radzić nie będziemy. Bo nie ma takich rodziców, którzy by sobie radzili stale i ciągle, którzy by nie popełniali błędów, którzy by nie podejmowali złych decyzji, którzy by czasem nie ‚odpuszczali’ chociaż na chwilę. Nie ma takich rodziców, czy to dzieci zdrowych, czy to niepełnosprawnych. Co więcej, dzisiaj jesteśmy gotowi napisać nawet, że możemy sobie czasem nie radzić, ale co więcej – dajemy sobie do tego prawo i postanowiliśmy nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia (a jeśli już, to niewielkie).

Zauważamy, że goniąc za wizją idealnego rodzica, takiego wręcz perfekcyjnego (idealnego i perfekcyjnego dla Kacpra, działającego w tej specyficznej kacperkowej rzeczywistości), że chcąc stawić czoła wszystkiemu naraz i w 100%, zaczynamy się w tym gubić, tracąc jednocześnie mnóstwo energii na te wyrzuty sumienia właśnie, na zadręczanie się, które dopadają nas, kiedy uzmysławiamy sobie, jak dalecy od osiągnięcia tego ideału jesteśmy. I to, że dochodzimy do takich wniosków wcale nie oznacza, że chcemy czy możemy się mniej starać, walczyć o kacperkowe dobro mniej zawzięcie – przesłanie jest takie, że będąc wyrozumiałym dla Kacpra, który nie zawsze to ułatwia, musimy być wyrozumiali również dla siebie. Pozwalając mu na gorsze dni, musimy pozwolić na gorsze dni także sobie.

I piszemy to sobie tutaj właściwie dla siebie. Bo pewnie szybko zapomnimy o tym, że nie trzeba być perfekcyjnym rodzicem, mimo, że czasem może się wydawać, że tylko taki rodzic zapanuje nad sytuacją. Że chwila słabości i zwątpienia nie jest dyskwalifikująca. Że najważniejsze to nie tracić z oczu postawionego celu i że dążąc do niego można sobie pozwolić na złapanie oddechu. Że kochając można popełniać błędy.

A jak zapomnimy, to będziemy mogli sobie tu zajrzeć i sobie przypomnieć.