Prawo do pomarudzenia

Czy je mamy?

Czasem czujemy, że zostało nam ono odebrane, czasem – że odbieramy je sobie sami. A czasem właśnie mamy ogromną potrzebę pomarudzenia, ponarzekania, pogrymaszenia, wyrzucenia z siebie tego, co nas gryzie, pokazania wszystkim, że nie jesteśmy doskonali.

Ale z jakiegoś powodu tego nigdy nie robimy. Sami nie do końca wiemy, jak to się dzieje i dlaczego. Chyba nauczyliśmy się zostawiać, trzymać wszystkie nasze bolączki, małe i większe, tylko dla siebie, ‚rozgrywać’ i przerabiać je między nami dwojgiem. Na dodatek wcale nie uważamy, że jest to coś dobrego, że tak właśnie powinno być. Wykuliśmy, głównie przez ostatnie 3 lata, taki niezniszczalny i samowystarczalny obraz naszej rodziny i nas jako rodziców – że prawie nigdy niczego nie potrzebujemy – i mamy tu na myśli także sprawy materialne, ale bardziej – duchowe.

A trzeba Wam wiedzieć, że jesteśmy całkiem normalną rodziną i normalnym małżeństwem. W związku z tym, tak jak każda rodzina i każde małżeństwo, mamy swoje wzloty i upadki. Gorsze i lepsze dni. Każde z nas ma swoje wady (jedno z nas często nie wie, kiedy przestać, drugie jest uparte jak osioł), mamy je także jako para.  Czasem się kłócimy, boczymy na siebie, sprzeczamy. A potem godzimy. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego.

Jesteśmy całkiem normalnymi rodzicami. Silnymi, twardo stąpającymi po ziemi, a przy tym nad wyraz kochającymi swojego syna. Czasem jesteśmy rodzicami złamanymi tym, co go spotkało, przytłoczonymi ciężarem tego, czym uraczył go – sami nie wiemy do końca, kto lub co – los, Bóg, jakaś inna wyższa istota, czy też po prostu nieomylne prawa genetyki. Czasem to wszystko boli niezmiernie, nie da się tego opisać. I czasem sobie z tym nie potrafimy poradzić. I wtedy mamy wyrzuty sumienia, że nie stajemy na wysokości zadania, że się nie sprawdzamy. Że nie zasługujemy na Kacpra. Takich chwil słabości nie ma wiele, ale one są, pojawiają się regularnie. Co robimy w takich chwilach? Staramy się, aby trwały jak najkrócej i przytulamy się do Kacpra więcej, niż zazwyczaj, a to jest najlepsze lekarstwo (tak jak w naszym ‚manualu’). Do Kacpra, i do siebie nawzajem. 

Bywamy rodzicami przerażonymi, jak teraz, kiedy zbliża się wizyta u nowego neurologa, prawdopodobnie najważniejsza z dotychczasowych wizyt lekarskich, jakie odbył Kacper. I nie o padaczkę tu chodzi (o tym nie piszemy, bo wiadomo jak to działa, może dwa słowa jeno – jest dobrze), a o SG. Przerażenie narasta z każdym dniem. Każde z nas zaczyna wchodzić w swoje standardowe role ‚wizytowe’ – tak, aby harmonia była zachowana i żebyśmy potrafili sobie z tym poradzić. 

Najważniejszym jest to, że nie pozwalamy, aby cokolwiek z powyższych miało wpływ na Kacpra. Tak, to jest najważniejsze.