Próchnica…

Niniejszym, z ogromnym smutkiem, chcemy ogłosić, że nas syn dołącza do szerokiego grona dzieciaków zażywających leki przeciwpadaczkowe, których ząbki zaatakowała próchnica…

W ekspresowym tempie, bardzo znienacka – nie dając nam szansy na przygotowanie się i obronę kacperkowych ząbków. Jesteśmy już po dwóch wizytach u dentysty, jutro kolejna. Póki co ząbki są traktowane lekarstwem, które ma zatrzymać postęp próchnicy, po czym czeka nas seria borowania (tego sobie akurat wyobrazić jeszcze nie potrafimy). Póki co Księciunio znosi trudy kontaktów z dentystą całkiem dzielnie. I nadal, mimo, że lekarstwo, o którym piszemy, ma kolor… czarny, to jego uśmiech nie stracił niczego ze swojego uroku – nadal jest czarujący.

Jest nam przykro i czujemy się z tą naszą próchnicą źle, nie tylko dlatego, że wycierpi się nasz młody kawaler okrutnie (jakby nie było już dość tego cierpienia), ale także z innego powodu. Robiliśmy wiele, żeby Kacper w ogóle dał sobie myć ząbki – jego nadwrażliwość dotyczy również przecież jamy ustnej, zatem każdorazowo musieliśmy się nieźle natrudzić i nawymyślać, jak tego dokonać. I kiedy kilka miesięcy temu udało nam się doprowadzić do sytuacji, że Kacper właściwie polubił mycie ząbków, wręcz traktował to jak dobrą zabawę – to teraz taki klops.