Wracając do domu, już w samochodzie

Wychodzę z biura, wrzucam torbę z laptopem na tylne siedzenie samochodu (‚wrzucam’ nie dlatego, że nie szanuję, ale dlatego, że się spieszę. ‚Wrzucam’ jest raczej metaforyczne, nie należy tego traktować dosłownie). Wskakuję za kierownicę (‚wskakuję’, podobnie do ‚wrzucam’ – znaczenie metaforyczne). Na siedzenie pasażera kładę portfel (o ile nie zapomnę go zabrać, jak na przykład dzisiaj). Obok portfela kładę telefon – a jeszcze  wcześniej podłączam do niego słuchawki. Wiadomo, bezpieczeństwo przede wszystkim. Światła, pasy, etc. I w drogę. Mam do przejechania jakieś 25km a już jestem spóźniony – to znaczy, zarówno Ania, jak i Kacper oczekują mnie w domu już za chwilę. 

25km, które czasem pokonuję w godzinę, czasem w 30 minut. Mam więc godzinę (bądź 30 minut), na przemyślenia. I myślę o rzeczach przeróżnych. Przede wszystkim staram się w drodze ‚wyjść z pracy’, co czasem nie jest łatwe. Nie jest łatwe, ale sądzę, że kluczowe – jeśli chcesz być w porządku wobec tych osób, do których właśnie pędzisz. Myślę sobie również o tym, co robi Kacper. Czy już jest zmęczony, czy na przykład właśnie się obudził – co ma istotne znaczenie. Bo albo przyjadę i jedynie położę go spać, albo będziemy mieć szansę na zrobienie wspólnie kilku innych fajnych rzeczy. I tych mniej fajnych – jak chociażby pionizowanie w pionizatorze (tu potrzeba dwójki rodziców). Częściej niż bym chciał zdarzają się dni, w których ja wracam, a Kacper zasypia. Możemy się jeszcze przez chwilę poprzytulać, odrobinę powygłupiać. Ale to wszystko mało. Mało mi – i wierzę, że mało i jemu. I nie ma na to wszystko prostego lekarstwa, ja się tu jedynie dzielę moimi ojcowskimi rozterkami, które niejeden ojciec zna. Dzielę się tym, co mnie gryzie. A tym samym staje się to zgryzotą rodzinną…