Wtorek

Drugi dzień delfinoterapii, niewiele różnił się od poniedziałku, dnia pierwszego. No, udało nam się założyć Kacprowi piankę. 

Relacje z delfinem wciąż są jednak napięte, głównie za sprawą Kacpra – dziś jednak jest usprawiedliwiony. Tuż przed sesją miał napad, dość ciężki, był po tym bardzo śpiący, a na dodatek musieliśmy trochę poczekać, ponieważ… delfiny nie chciały dziś pracować. Nadchodzi sztorm, a one ponoć to wyczuwają i były bardzo niespokojne. Na szczęście trenerom jakoś udało się zachęcić je do współpracy. Co więcej, i to dopiero jest ‚na szczęście’, dowiedzieliśmy się, że płacz, krzyk i pozostawanie w stresie nie ma wpływu na potencjalną skuteczność terapii.

Cieszymy się, że tu przyjechaliśmy. Potrzebowaliśmy chyba już uciec (oczywiście niekoniecznie aż tak daleko). Naładować baterie. Pobyć we trójkę, co nie zdarza się często, na pewno nie tyle, ile byśmy chcieli. Można być dzielnym bardzo długo, ale potem przychodzi moment, w którym następuje jakiś kryzys. I wtedy potrzebny jest właśnie taki Krym (albo Mazury, albo Wrocław, albo Mała Wieś, cokolwiek wybierzemy). Tak, aby spojrzeć na wszystko z dalszej perspektywy i móc znowu sobie powiedzieć – wszystko będzie dobrze, poradzimy sobie, tak jak radziliśmy sobie do tej pory.

Kacper też się cieszy, że ma nas oboje tylko dla siebie. Kiedy leżymy z nim na łóżku, on w środku, i kiedy patrzy raz na mamę, raz na tatę – wtedy to widzimy. Takich chwil nie da się opisać. Takich chwil chyba nawet nie chcemy opisywać, niech zostaną tylko dla nas.

Poza tym  tutaj Kacper jest Kacprem, dzieckiem. W domu – jest Kacprem, przede wszystkim chorym dzieckiem. Oczywiście nie dla nas – ale dla wszystkich innych, którzy go znają (i od tego nie ma ucieczki, czy to rodzina, czy to znajomi). Tutaj nikt na to nie zwraca uwagi, nie musimy się starać, aby jakoś wybrnąć z sytuacji typu – ktoś podaje mu rękę a on nie reaguje. Normalnie, aby ten ktoś nie poczuł się źle, musimy wykazać się sprytem – rzucić jakiś żart, na przykład,  że na książęcy uścisk dłoni należy sobie zasłużyć. Tutaj – jesteśmy ‚anonimowi’ i nie musimy się przejmować niczym (chociaż trzeba przyznać, że nie przejmujemy się normalnie zbyt wieloma sprawami). 

I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz – tutaj spotykamy ludzi, którzy wiedzą, że nie ma takich problemów, które mogą ‚konkurować’ z problemami związanymi z chorym dzieckiem. Jedna mama podsumowała to dobitnie – jeśli masz zdrowe dziecko, nie możesz mówić, że masz problemy, z którymi nie możesz sobie poradzić. Jeśli twoje dziecko jest zdrowe, masz obowiązek się tym cieszyć i masz obowiązek to docenić. Cała reszta jest nieistotna. 

Tak, potrzebowaliśmy takich wakacji. A jeśli jeszcze te wakacje pomogą – a wciąż nie dajemy się zbytnio ponieść fantazji w tym zakresie – następnym razem możemy przejechać i 10 000 km.

A na koniec – zdjęcie!