Zgodnie z planem – Jałta

A jako bonus – show w wykonaniu delfinów (nie tych, z którymi pracujemy, jałtańskich). Bonus, który jednak mogliśmy sobie darować, chyba zdecydowanie bardziej wolimy widok delfinów wygłupiających się z dzieciakami niż podbijających piłkę na gwizdek trenera. Kacper natomiast bardziej niż delfinami podbijającymi piłkę na gwizdek trenera zainteresowany był ceramiką na ścianach sali basenu, w którym to delfiny te piłki podbijały. Jednakowoż, jako że skorzystaliśmy z zaproszenia na zorganizowaną wycieczkę, wraz z innymi rodzinami, nie marudziliśmy, a nawet myśleliśmy, że będzie to coś fajnego (ten show). Kiedy masz w pamięci widok delfina, który na dodatek ma imię, a który pracuje z Twoim dzieckiem, przesyła mu swoją ‚pozytywną energię’ – chce mu pomóc, to potem przykro patrzeć, jak inny delfin został wytresowany do podbijania piłeczki (zdjęcie poniżej). Albo skakania przez obręcz (co zostawiamy już Waszej wyobraźni).

Jałta kojarzy nam się nieco z takim Sopotem, nie na darmo był to ulubiony kurort radzieckich dygnitarzy. Można było sobie zrobić zdjęcie z małpką bądź orłem, czy też sokołem, a i zapłacić za to w euro, dolarach bądź hrywniach (nie skorzystaliśmy z oferty). Ale najlepsza z tego wszystkiego była droga do Jałty i widoki, okoliczności przyrody, jakie mieliśmy przyjemność podziwiać! To było warto zobaczyć.