Złośliwość rzeczy martwych

Tym wpisem planowaliśmy rozpocząć/wznownić nową serię, o następującym roboczym tytule: „niepełnosprawność w praktyce”. Albo może nawet inaczej: „niepełnosprawne gadżety”. Czy coś w tym rodzaju. Już sobie myśleliśmy, że najpierw napiszemy o kacperkowych pieluchach. Gdzie je kupujemy, jaki rozmiar i na ile starcza opakowanie. Przyszło nam również do głowy, że można by napisać o wspaniałym wynalazku, który niedawno zakupiliśmy w jednym z popularnych dyskontów, mianowicie o takim małym ustrojstwu, które służy do dzielenia tabletek na mniejsze części i ich rozdrabniania. Brzmi banalnie i mimo, że do perfekcji opanowaliśmy umiejętność rozgniatania tabletek dla Kacpra metodą ‚łyżeczka o łyżeczkę’, to zakup i korzystanie z tego małego cudeńka sprawił i sprawia nam wiele radości. Mała rzecz, a cieszy.

Ale los podsunął nam inny temat, który można z całą pewnością podciągnąć pod zadany temat. Bo właśnie popsuł nam się gadżet nr 1: samochód, którym podróżuje Kacper. A jak już nam się coś psuje, to psuje się totalnie.

Kacper od kilku miesięcy jeździ (raczej jeździł…) autem dużym: Renault Grand Scenic II. Takim nastolatkiem, ale dobrze wyposażonym, zadbanym w środku. Krótko mówiąc – dla nas auto idealne, odpowiadające naszym podstawowym potrzebom, a te są dwie: duży bagażnik i odpowiednia wysokość auta (bo do niskiego samochodu wkłada się – tak to trzeba nazwać – Kacpra bardzo ciężko. Jego fotelik musi być na odpowiedniej wysokości, aby płynnym ruchem można go było w nim ulokować. Jeśli jest za nisko, to wbrew pozorom kosztuje to więcej siły i dodatkowo obciąża kręgosłup i plecy. A o te trzeba dbać, bo jeszcze wiele przed nimi). Jak się jednak okazało, ‚pod maską’ nasz Scenic był nieco mniej zadbany… I cała historia sprowadza się do jednego: naprawa będzie kosztować gdzieś między 6 (słownie sześć) a 8 (osiem) tysięcy złotych (przeliczając prosto: to pół roku kacperkowego przedszkola, jakieś 4 jego nocniki, 1 wózek, pół wyjazdu na delfinoterapię, 2 pary ortez na nogi, itd., itp.). A co najgorsze, my tego auta potrzebujemy i naprawić go musimy (chociażby dlatego, że w stanie, w jakim się znalazł, nikt go od nas nie kupi). Taka kwota natomiast przewyższa każdy rozsądny samochodowy fundusz awaryjny!

I tak właśnie sobie uświadomiliśmy, że najważniejszym gadżetem dla dziecka niepełnosprawnego (i na pewno nie tylko) jest w dzisiejszych czasach samochód właśnie i nawet być może już o tym kiedyś pisaliśmy. Czy się z tym zgadzamy, czy nie. Gwoli ścisłości – dysponujemy dwoma autami, ale drugie służy do celów zawodowych/służbowych, których nie da się pogodzić z istotnymi zajęciami Kacpra i ich harmonogramem. A żeby już dopełnić obrazu samochodowej nędzy i rozpaczy to zdradzimy, że wyjeżdżając autem nr 2 od mechanika, u którego zostawiliśmy auto nr 1, porażeni wspaniałymi wiadomościami, jakimi nas uraczono odnośnie auta nr 1 właśnie, wjechaliśmy autem nr 2 w kontener na śmieci, jaki stał na parkingu u tegoż mechanika…

A co na to Kacper? ‚Brawo Wy!’

One thought on “Złośliwość rzeczy martwych

Comments are closed.